Czarny Mercedes Benz W136 podjechał pod gmach kina. dziś nie grali żadnego filmu, dziś był dzień operetki.
Gianpietro zawsze cenił sobie sztukę. uważał, że życie bez niej było by nudne i bezbarwne. Tak więc kiedy tylko mógł wybierał się do teatru czy kina właśnie. Odwiedzał galerię, wystawy... Jednak ostatnim czasem brakowało mu wolnego czasu na spotkania towarzyskie a co dopiero mówić na wizytę w takim miejscu?
Bartelletti wysiadł z samochodu i zwrócił się do swojego kierowcy:
- Zaparkuj dwie przecznice stąd. Spacer dobrze mi zrobi... - powiedział i ruszył w kierunku wejścia.
Już przy drzwiach stał niewielki komitet powitalny w postaci właściciela kina, jego żony oraz ochroniarza, który zawsze musiał dbać o bezpieczeństwo budynku a przede wszystkim gości specjalnych.
Przecież źle by to wyglądało, gdyby Gianpietro przyszedł na spotkanie z bogatymi, wpływowymi w tym mieście ludźmi z ochroną...
Czy więc nie martwił się, że coś może pójść nie tak? Przecież mogło się okazać, że to pułapka... W końcu znalazło by się paru mieszkańców Anchor City rządni jego głowy.
Jednak Bartelletti był jednym z tych ludzi, którzy zaufanie wystawiają na kredyt. Tam, gdzie uważał się za bezpiecznego, tam czuł się bezpiecznie.
- Witamy panie Bartelletti! - Powitały go radosne głosy.
- Dziękujemy, że znalazł pan dla nas czas... Ta operetka... To właściwie przed premiera. Zdajemy sobie sprawę z pańskiego zamiłowania do sztuki jaki liczymy się z pana zdaniem co do niej. - Opowiedział szybko właściciel teatru a żona przytakiwała mu głową.
- To ja dziękuję za zaproszenie. Co prawda nie spodziewałem się przed premiery, zdziwił mnie więc te pustki przed kinem.
- Mam nadzieję, że to pana nie zraziło? Może życzy pan sobie wody lub czegoś mocniejszego? A może coś ciepłego? Ostatnio wieczory są takie mroźne...
- Nie dziękuję. Kiedy sztuka się zacznie?
- Właściwie to już za chwilę, zapraszam na widownie...
Cała czwórka ruszyła na salę kinową.