Słuchając jego słów, Hendrickje układała w głowie wszelakie określenia, którymi miała ogromną ochotę określić go, w tej właśnie chwili. Skrzywiła się jednak i nie rzekła nic, pozwalając mu dokończyć swe słowa.
Zgasiła papierosa w popielniczce z grubego, rżniętego szkła, która stała tuż koło niej.
- Nie martw się o mnie, Salvatore - odparła lekkim, niemal pogodnym tonem. Brakowało jedynie, by beztrosko wzruszyła ramionami, nie uczyniła tego jednak. - Przekonałam się nieraz, że mało rzeczy jest w stanie mnie zranić... Nie mówiąc już o zniszczeniu. Nas - poprawiła się. - Nas zranić.
Mruknęła coś w ramach pożegnania, a kiedy drzwi zatrzasnęły się za jej gościem, zacisnęła palce na swoim kieliszku, jakby miała zamiar zdusić to szkło, z którego był wykonany. Wlała sobie więcej wina.
Cóż on jej proponował.
Hendrickje, jakkolwiek nieprzystępna materialistka, posiadała jednak jakieś zasady. I lojalność, z całą pewnością. Zaśmiała się pod nosem, gdy pomyślała o tej możliwości, jaką było przyłączenie się do tej... drugiej familii. Drugiej, innej. Nie, to było nie do pomyślenia.
Może zwyczajnie miała sentyment do Bartellettiego, cokolwiek sądził o nim Rossi. Jego opinia i tak nie miała najmniejszego znaczenia, a Hendrickje wiodła całkiem przyjemne życie i miała całkiem przyjemne, wysokie dochody, nie chciała z tego rezygnować.
To było bez sensu.